Z pisarzem Stefanem Chwinem rozmawia Hanna Kordalska-Rosiek

fot/Stefan Chwin, FOTO Krystyna Lars
„Prawdziwie wolnym jest ten, kto obdarza wolnością innych”
REKLAMA
Hanna Kordalska Rosiek: Żyjemy w czasach, w których dokonuje się coś, co najchętniej nazwałabym kulturowym i społecznym przebiegunowaniem. Dotyczy ono wszystkich dziedzin życia. Zacznijmy jednak od literatury, która jest Ci najbliższa, od miejsca pisarza dzisiaj. Jak pisarze współcześni radzą sobie z tym przebiegunowaniem? W jakim stopniu nadal mają oparcie w dawnych romantycznych postawach czy w inteligenckim etosie? Czy cokolwiek z tego przetrwało?

Stefan Chwin: Przebiegunowanie? Z pewnością głos literatury jest dzisiaj w Polsce słabo słyszalny, ale tak jest na całym świecie. W ubiegłym roku tylko 38 procent Polaków przeczytało cokolwiek, reszta, 62 procent, nie przeczytało nic. Nawet jednej gazety. Ale czy to coś nowego? Wciąż mamy w głowie naiwne mity o jakimś nadzwyczajnym znaczeniu literatury romantycznej w życiu narodu i państwa, które pielęgnuje biedna polska inteligencja, a raczej jej szlachetne resztki, tymczasem pierwszy nakład Pana Tadeusza - 2 tysiące egzemplarzy! - sprzedawał się przez ładnych parę lat. Wpływ zaś tego dzieła na naród polski, wbrew dzisiejszym wyobrażeniom, ograniczał się do wąziutkiego kręgu inteligencji poszlacheckiej. Lud polski, który stanowił 90% populacji, długo nawet nie wiedział o istnieniu jakiegoś Pana Tadeusza.

Dlatego pojęcie "kultury narodowej" nie ma zbyt wielkiego sensu, choć biedna nasza inteligencja przyrosła do niego jak polip do rafy. Naród polski jako całość nie zna żadnej literatury romantycznej – może poza licealistami i polonistami. Prawdziwa „kultura narodowa” Polaków to jest Zenek Martyniuk w telewizji, kazanie proboszcza w niedzielę i wieczorny serial amerykański oraz szczucie ludu polskiego na artystów, „pedałów” i „lesby”Żadnego zatem w tej sprawie przebiegunowania nie ma. Ja sam w ogóle tą sprawą sobie nie zawracam głowy, odkąd śp. Czesław Miłosz powiedział do mnie któregoś dnia: „Panie Stefanie, żyjemy na wyspach i będziemy żyć na wyspach”. On zresztą miał na myśli kampusy uniwersyteckie, i to amerykańskie, bo tylko tam wedle niego poważniejsza literatura ma szansę przetrwania. Miejsce pisarza jest zatem od dawna takie samo i tu nic się nie zmienia. Na przykład wielkie powieści Nałkowskiej, które uważamy, za ważny „wkład w kulturę narodową”, sprzedawały się w nakładzie 5 tysięcy egzemplarzy i to był kasowy sukces w sytuacji, gdy Polaków było 35 milionów, a inteligencja ówczesna stanowiła zaledwie 5, 7 % populacji. Dzisiaj, jak ktoś sprzeda 10 tysięcy, to jest od razu trąbienie, że to wielki bestseller – na 38 milionów Polaków! Głośniej rozbrzmiewa tylko literatura przerobiona na film czyli literatura taka sobie. Czytanie i pisanie było zawsze zajęciem dla wybranych. I tak chyba pozostanie.

HK-R: A może pojawiło się coś zupełnie nowego?

SCh: Ebooki? Audiobooki? Kindle? Niewiele to zmienia w ogólnej sytuacji. Może tylko to, że ludzie z Internetu regularnie zawieszają prawie wszystkie moje książki w sieci, a ja nic z tego nie mam. Jest to draństwo, ale już przywykłem. Mało kto traktuje tekst napisany przez kogoś jako wartościową rzecz do kupienia, jakby to nie był wynik poważnej pracy. Już lepiej są traktowane wyroby ślusarskie i meblarskie oraz cukiernicze. Ale tak samo jest z muzyką i filmem. Odchodzi rabowanie na całego, najlepiej pod szczytnym hasłem powszechnego dostępu do kultury.

HK-R: Czy jako pisarz nieraz wypowiadający się w mediach na współczesne tematy czujesz nacisk dawnych oczekiwań? Może zawód, może rozczarowanie słuchaczy, którzy oczekiwali, że będziesz przemawiał do nich jak Mickiewicz czy Żeromski.

SCh: Zależy kogo mamy na myśli. Stacje telewizyjne, w których występuję, mają swoich widzów i niejeden raz na ulicy dawano mi znać, że słucha się mnie z uwagą, a nawet  z aprobatą. To samo na Youtubie i na takich czy innych portalach. W innych miejscach byłem ostro napadany, a nawet znieważany. Ale do tego też przywykłem. Nie widzę większej sprzeczności między tym, co mówię o Polsce w radiu, telewizji czy Internecie, a tym, co mówił o Polsce Żeromski. Obaj mamy te same zmartwienia, chociaż on należał do „żarliwych”, których z zasady omijam z daleka, żeby się za bardzo nie poparzyć Wielką Ideą, którą hodowali uparcie w swoich sercach.

 HK-R: Co sądzisz o współczesnej literaturze pięknej? Który z pisarzy młodego pokolenia jest Ci bliski, potrafi Cię zachwycić formą, powiedzieć coś, czego do tej pory nie wiedziałeś?

SCh: Ostatnio dość nieuważnie śledzę to, co piszą młodzi. Teraz zajmuję się głównie pisaniem. Przeżyłem kawał życia i wiem tyle o ludziach i świecie, że nie muszę już wychodzić z domu, żeby na gościńcu szukać materiału do twórczości. Więc siedzę i piszę.

HK-R: Czym jest dzisiaj sukces w literaturze?

SCh: To zależy. Prawdziwym sukcesem jest napisać coś dobrego. Byłem jurorem w paru ważnych konkursach.
Wystarczy jeden raz przejść przez takie pouczające doświadczenie, by mieć do końca życia lodowaty dystans do wszystkich nagród, które zresztą chętnie przyjmuję, bo niby dlaczego miałbym odmawiać?  Pamiętam, jak mi neoliberałowie gdańscy gratulowali sukcesu artystycznego, który był – co uroczyście podkreślali –  także sukcesem finansowym, bo chcieli wierzyć, że jak ktoś dobrą książkę napisze, to na pewno dobrze zarobi. Tak było po wydaniu Hanemanna w kilkunastu krajach. W sumie dość zabawne, bo jakiż to był sukces w porównaniu z sukcesem rodziny Kulczyków.

HK-R: Modni pisarze. To komplement? Jesteś modnym pisarzem?

SCh: Nic mnie nie obchodzą żadne mody. Już nie muszę się tym zajmować. Wiem sam, co i  jak mam pisać.

HK-R: Czy jest coś, czego zazdrościsz młodym twórcom?

SCh: Zazdroszczę im, że są młodzi. My z Krystyną co jakiś czas mówimy sobie: Boże drogi, gdybyśmy mieli dzisiaj trzydzieści lat i wiedzieli oraz umieli to, co wiemy i umiemy teraz, to byśmy dopiero pokazali!

HK-R: Bohaterowie Twoich powieści są ludźmi dojrzałymi, często doświadczonymi przez życie. Jako pisarz możesz się wcielać w dowolną kreację. To doświadczenie przyjemne czy raczej bolesne?

SCh: Bardzo bym chciał napisać najczarniejszą książkę świata o wszelkiej ludzkiej niegodziwości, nikczemności, podłości oraz wszelkich możliwych okropnościach życia, których się napatrzyłem podczas mojego dość długiego pobytu na Ziemi. Ale moja mądra żona mówi: Ty się zastanów! Kto to będzie chciał przeczytać? Ty pisz rzeczy łagodnie mądre, zachęcające, finezyjne, wdzięcznie prowokujące, smakowite jak ptyś z kremem wyższej kultury, mądrości i filozofii. Ty fajny bądź! Oczywiście ona żartuje, bo przecież wydała jedną z najczarniejszych książek, jakie dotąd wydano w Polsce, a mianowicie moje Srebrzysko. To dopiero jest czarna powieść na całego. Trzeba chociaż raz w życiu coś takiego napisać, dla spokoju sumienia, żeby się nie załgać ostatecznie. Ale moim marzeniem jest napisać wielkie dzieło o wszelkich okropnościach życia. Ogromna to będzie dla mnie przyjemność, jeśli się odważę na coś takiego. Moich czytelników jednak uspokoję: jeśli napiszę coś takiego, to schowam od razu do szuflady. Niech tam płonie żmijowym jadem, zamknięte na cztery spusty. Może późny wnuk doceni.

HK-R: Pisząc nosisz w sobie swoich bohaterów, masz poczucie, że w jakiś sposób jesteś pod ich wpływem? Przemieniasz się? Który z Twoich bohaterów stworzył Stefana Chwina?

SCh: Pisanie to jest ryzykowna zabawa. Można sobie zrobić krzywdę do krwi, bawiąc się taką brzytwą. Moje książki czasem mnie mocno zaskakiwały. Po prostu przerażałem się tym, co ze mnie wyszło. Bo nie przypuszczałem, że to we mnie siedzi. Na przykład Złoty pelikan.
Wziąłem się do pisania głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby się dowiedzieć, co we mnie siedzi. I trochę się dowiedziałem, co na pewno jakoś na mnie wpłynęło. Po drugie, żeby sporządzać akty oskarżenia przeciwko Panu B., z którym zadarłem już we wczesnej młodości. Teraz mam nadzieję, że wbrew temu, co mówią ludzie w czarnych sukniach, Pan B. ma poczucie humoru, zmysł autoironii i lubi takich, co się mu trochę stawiają, bo ma już powyżej uszu grzecznych lizusów wiary, co przed nim pełzają na kolanach. Tak, dialog z Panem B. jest ryzykownym zajęciem, ale dobrze odżywia duszę.

HK-R: Czy zdarza Ci się czytać swoje powieści? Jakie to uczucie, gdy emocjonalnie jesteś już w innym punkcie swojego życia i twórczości?

SCh: Ależ ja muszę czytać swoje powieści i to jeszcze głośno na spotkaniach autorskich w kraju i za granicą! A kiedy czytam, wiele razy mam dziwne wrażenie, że to, co czytam, wyszło spod pióra kogoś obcego, kogo ja nie do końca rozumiem. A więc to jest moje? Czasem mam wielką ochotę zrobić „wydanie poprawione”, ale przyrzekłem sobie, że Hanemanna nie tknę palcem. Nawet przecinka nie zmienię, chociaż mnie korci co jakiś czas, żeby coś zmienić w kolejnym wydaniu, a było ich kilkanaście.

HK-R: A Twoi czytelnicy… kim są? Jest jakiś rodzaj chemii między Tobą i nimi?

SCh: A różni są. Jedni czują, że nadaję na wspólnej z nimi fali, inni nie czują. Mam też czytelników zajadłych, którzy mnie nienawidzą. Prawicowe bubki co jakiś czas chcą mnie utopić w łyżce wody. Jest wśród nich pewien poeta z Gdańska. W Niemczech parę razy na mnie napadnięto i to ostro. Na przykład w Dusseldorfie jakiś Niemiec mnie sponiewierał za to, że zajmuję się nieswoimi sprawami. Miał na myśli, że ja jako Polak ruszam temat niemiecki. Dziwne się czasem rzeczy przydarzają. W Bayreuth zaatakowano mnie jako przedstawiciela… Polski PiS-owskiej, bo się źle wyraziłem o Nord Streamie. Żartów i tłumaczeń nie było końca.

HK-R: Piszesz dla siebie, czy bardziej z myślą o innych?

SCh: Głównie piszę dla siebie i do Pana B., bo w zasadzie bardzo lubię snuć teologiczne brewerie, które dzisiaj mało kogo obchodzą. Zawsze mnie zachwycały szaleńcze dywagacje średniowiecznych uczonych nad tym, czy Adam i Ewa uprawiali seks w Raju oraz w jaki sposób robili to konkretnie. Coś cudownego, gdy zgrzybiali, święci starcy brali się za ten temat, gmerając paluchami w rajskich ciałach prarodziców!

Wszystkich przebił św. Augustyn, który się upierał, że Adam miewał w Raju wzwód tylko na rozkaz, gdy aktem czystego rozumu podnosił swoje przyrodzenie jak kolejowy semafor, żeby odbyć stosunek z Ewą przyzwoicie, to znaczy bez najmniejszego pożądania, bo pożądanie kobiety przez mężczyznę jest dziełem Diabła, a dążenie do orgazmu nawet w świętym pożyciu małżeńskim jest grzechem ciężkim. Pyszne to były dania duchowe  naszej „cywilizacji życia” wspaniałej łacińskiej Europy, gdzie, jak nas dzisiaj przekonują, nasze prawdziwe korzenie!
Pomyśleć, że oni naprawdę uprawiali te szaleństwa na europejskich uniwersytetach! Dzisiejszy gender, który przeraża sławnego arcybiskupa od tęczowej zarazy, to przy tym blada pestka! Ale oczywiście nie tylko takie brewerie mnie interesują, kiedy wieczorami żegluję moją łódką przez morza teologii w poszukiwaniu intelektualnych skarbów. Teologia to jest imponująca szkoła wyobraźni, rozbestwionej do ostatnich granic. Tam się dopiero hasa! Cóż tam jakieś literackie fantazje surrealistów wobec takiego pomysłu jak „przebóstwienie” zgniłego ciała po wyjściu z grobu. Z czym zresztą wiąże się najzupełniej poważna kwestia, którą teologia omija szerokim łukiem: jak może zostać „przebóstwione” ciało kogoś, kto poddał się kremacji zupełnej, czyli ciało swoje ziemskie unicestwił zupełnie na proszek, że nawet kostka nie została. Prawdziwy rebus logiczny, do rozwiązywania w zimowe wieczory! Mógłbym o tym dyskutować godzinami, bo nie ma lepszego treningu dla swobodnej myśli niż teologiczne rozpasanie wyobraźni, ale nie mam z kim. Ja się kieruję maksymą: Pisze się dla serca, drukuje dla pieniędzy.

HK-R: Ile wolno czytelnikom wiedzieć o Twoim prywatnym życiu? Strzeżesz swojej prywatności? Masz nad nią kontrolę?

SCh: Ależ moje życie prywatne leży przed wami jak na patelni! Przecież każdy, kto pisze cokolwiek, bezwstydnie się odsłania nawet wtedy, kiedy się zasłania, czyli wystawia na dogłębne prześwietlanie wszystko, co ma w środku. Ja się po prostu przerażam,  gdy sobie pomyślę, jakie zostały wypracowane w XX wieku metody i narzędzia do wywlekania prywatnych flaków pisarza z jego najniewinniejszych tekstów! Aż dreszcz przechodzi po grzbiecie! Żaden tekst nie jest niewinny. Trzeba tylko umieć zajrzeć pod podszewkę i wygrzebać widelcem, co tam za ostryga moralno-psychiczna siedzi ukryta w muszelce.

Dość mocno się odsłoniłem w Hanemannie. Czasem żałuję, że to zrobiłem. Ale na szczęście wepchnięto tę powieść do polsko-niemieckiego tematu, więc na razie jestem bezpieczny. Ale do czasu, do czasu! Na pewno znajdzie się ktoś, kto chirurgicznie mnie prześwietli, a wtedy będę miał uszy czerwone ze wstydu. A jeszcze na dodatek chcę wydać niebawem Dziennik życia we dwoje, gdzie się trochę zasłaniam i trochę odsłaniam. Mocno się też odsłoniłem w Srebrzysku, za co oberwałem, ale cóż, jak sam chciałeś, to i masz.

HK-R: Siedzisz w swojej pracowni na dziesiątym piętrze, patrzysz na Zatokę Gdańską, ale przychodzi moment, gdy odchodzisz od biurka, wracasz do tu i teraz. Jak wyglądają takie powroty?

SCh: Cały czas jestem tu i teraz! Oczywiście pisarz powinien mieć zdolność do odlotu czyli umieć odklejać się od rzeczywistości. Tę sztukę mam nieźle opanowaną. Nauczyłem się sterować wyobraźnią nie tylko przed zaśnięciem. Potrafię przywoływać w najdrobniejszych szczegółach krajobrazy i rzeczy, które kiedyś widziałem, a potem przerabiać je, jak malarz widoki na płótnie. Czasem kiedy piszę, nagle uświadamiam sobie, że jak to szybko poszło, bo zaczynałem w południe, a tu już trzecia rano. I żadnego przy tym zmęczenia. Jakbym młotem rozbijał przed sobą ścianę, za którą jest słoneczne miasto, które bardzo chciałbym zobaczyć.

   Ale pisanie dziennika sprowadza mnie na ziemię. Ja jestem nieuleczalny inteligent. Piekielnie przejmuję się Polską. Ludzie mówią mi: Daj spokój, przecież to wszystko, co się dzisiaj z Polską wyprawia, niewarte jest machnięcia ręką. Szkoda na to czasu. A ja tymczasem się zamartwiam. Pewnie mam to po matce, która była sanitariuszką AK w Powstaniu Warszawskim i żyła Polską żarliwie, jakby była wnuczką samego Artura Grottgera. Ojciec miał większy dystans. Po prostu brzydził się miazgą polityki. Ja się zachwycam, brzydzę i zamartwiam.

HK-R: Jako pisarz musisz być obserwatorem naszego życia. Co w wymiarze społecznym budzi Twoje największe obawy?

SCh: Dostaliśmy się w ręce ludzi, którzy nienawidzą wolności. Oczywiście oni kochają wolność całym sercem – ale wolność tylko dla katolików i narodowców! Tak, to jest dla nich prawdziwa wolność. Jak ma być wolność, to tylko dla swoich! A dla innych - światopoglądowy przymus katolicko-narodowy. Oni są po prostu chorzy, kiedy widzą koło siebie człowieka wolnego, który nie myśli jak oni. Wszyscy mają myśleć i czuć tak jak oni. Bo oni mają siebie za czystą doskonałość ludzką, którą należy naśladować, a reszta to brudne śmiecie, które mają cicho siedzieć albo klaskać. Wszystko to doskonale znam jeszcze z komunizmu. Komuniści też uważali, że są the best i każdy powinien być taki, jak oni, bo oni są wzorem wszelkich cnót, które należy łykać jak tuczona gęś kulki pokarmu pakowane do gardła.

    Mam swoją definicję wolności. Prawdziwie wolnym jest ten, kto obdarza wolnością innych. Takie wyobrażenie wolności zupełnie nie mieści się jednak w mózgownicy Ideologicznych Przyjemniaczków. Dla nich wolnym człowiekiem jest ten, kto twardo mówi innym: Nie wolno wam tego robić, a dlaczego? - bo ja tak chcę. Macie być tacy jak ja. Uważają się za koronę stworzenia, a jak ktoś chce żyć inaczej niż oni, to on jest biedny człowiek, którego należy przerobić na katolika. Powtórzę raz jeszcze: prawdziwie wolnym jest ten, kto chce i potrafi obdarzać wolnością innych.

HK-R: A gdybyś miał wskazać to, co dobre i nowe?

SCh: Dobre i nowe jest zawsze to samo. Żyj wedle swojej wiary, ale nie narzucaj jej innym. Mnie to zupełnie wystarcza. Ale wielu ludzi nie może znieść widoku kogoś , kto chce żyć inaczej niż oni. Nerwicy dostają. Trzęsą się z nienawiści.

HK-R: Jako społeczeństwo jesteśmy bardzo podzieleni. Myślisz, że tak już zostanie i tak zwana "wojna plemienna" będzie nas przez kolejne dekady wyniszczać? Co mówi Ci Twój instynkt pisarza?

SCh: Nie ma żadnej wojny plemiennej. Jest wojna świeckiego i sakralnego sposobu myślenia, czyli wojna religijna. Jedni mówią, że prawo tworzą ludzie. Drudzy mówią, że prawo zsyła Bóg. Między jednymi i drugimi żadne porozumienie nie jest możliwe, bo nikt jeszcze nie pojednał wody z ogniem.

Ja na przykład zupełnie nie rozumiem kogoś, kto dostaje białej gorączki, widząc, że dwóch facetów się całuje. Mnie to po prostu nic nie obchodzi. Chcą się całować, niech się całują, byle się nie dobierali do mnie i do moich dzieci. Jeśli się nie dobierają, wszystko jest okey. Moje życie to jest moje życie, a ich życie to jest ich życie. I mnie nic do ich życia. Ale Mroczne Mózgownice dostają furii, jak nie wsadzają brudnych paluchów do cudzego życia. Oni muszą grzebać w cudzym życiu, bo bez tego nie mogą żyć. Dlatego bredzą: To zagraża rodzinie! Jakiej znowu rodzinie? Mojej? Waszej? Mam wśród moich znajomych paru homoseksualistów, ale to w najmniejszym nawet stopniu nie burzy mojej rodziny. To są po prostu brednie. Ale im bardzo są potrzebni geje, żeby na nich szczuć lud, bo u nas, w Polsce, tak się wygrywa wybory. Oni dobrze wiedzą, co robią. I będą to robić nadal.

HK-R: Kiedyś dokonywano rozróżnienia: inteligenci przedwojenni i powojenni z czasu PRL-u. Wychowani w innej kulturze, inaczej wyedukowani... Dzisiaj określilibyśmy ich jako inaczej sformatowanych. Jak rzeczywistość dzisiaj formatuje młodych ludzi?

SCh: Formatuje ich na tysiące sposobów. Internet to jest młyn światopoglądów, wzorów życia, wzorów mówienia, ubierania się. Czegoż tam nie można znaleźć! Od najczarniejszych prawicowców, do najczerwieńszych lewicowców. Studenci filologii, z którym mam do czynienia, to są w zasadzie ludzie dość poważni, którzy Internetowi raczej nie ulegają. Ale pewności nie mam. Dzielą się na dwie grupy. Jedni się odzywają na zajęciach, więc coś tam o nich wiem, drudzy się nie odzywają wcale, więc o nich nie wiem nic. Ci drudzy potrafią zdawać egzamin z historii literatury XX wieku całkowicie bezosobowo, tak że po półgodzinnej rozmowie, kompletnie nie wiem, co oni tak naprawdę myślą o czymkolwiek. Nic. Biała plama. Jeśli tacy zostaną nauczycielami, są wymarzonym materiałem dla Ideologicznych Przyjemniaczków.

Natomiast czuję, że odpływa inteligencja solidarnościowa. Taka wolnościowo patetyczna, drażliwa na punkcie wolności, życiowo niepraktyczna, ze świętym Sierpniem 80 w głowie. Nas jest coraz mniej. To jest poważna zmiana. Inteligencja solidarnościowa, ta siwowłosa, przejmuje się na przykład dewastacją wymiaru sprawiedliwości. A młodych mało to obchodzi, chociaż sprawa jest ważna. Ich dużo bardziej obchodzi aborcja. Czy oni kiedyś przejmą się jednym i drugim, nie wiem. Na razie nie bardzo kumają, że dewastacja sądów dotyczy ich bezpośrednio. Im się wydaje, że to jakaś odległa, nudna sprawa.

HK-R: Pandemia pozamykała nas w domach, zamroziła teatry, galerie sztuki, filharmonie... Nauczanie przeszło do Internetu i - nie oszukujmy się - jest w dużej mierze pozorowane. Wiem, że Ty również prowadzisz zdalne zajęcia ze studentami. Jakie są Twoje doświadczenia?

SCh: Jak najlepsze. Nauczanie zdalne to sama przyjemność. Brednie gadają ludzie, że to oddala, zabija kontakt osobisty. Jest wręcz przeciwnie. Zajęcia w ohydnych salach uniwersyteckich, podobnych do rejonowej przychodni lekarskiej, są zaprzeczeniem wszelkiego osobistego kontaktu. Sama kwintesencja egzystencjalnej obcości. Osobisty kontakt w budynku urzędowym z ochroną na portierni? Od wykładowcy oddziela studentów szklana ściana pięciu, dziesięciu, dwudziestu metrów dystansu. I echo jego głosu.

A w Internecie – oko w oko. Jakby student siedział po drugiej stronie stołu. I jest jeszcze rozluźniony, bo siedzi w swoim oswojonym otoczeniu a widzi wykładowcę z odległości 50 centymetrów. Twarzą w twarz. Może być większa bliskość? Bardzo sobie chwalę nauczanie zdalne, bo merytorycznie to jest to samo, co nauczanie konwencjonalne, a rozmawiać można bezpośrednio. Oczywiście, nie ma cytryny bez kwasu, więc nadużycia się zdarzają. Kiedyś na moich zajęciach, 11 studentów na 23 napisało na czacie, że mają „kłopoty z mikrofonem”. Taka sobie mała epidemia technicznych awarii. Mieli więc zaliczoną obecność na zajęciach, chociaż nie odezwali się nawet słowem, żeby potwierdzić, czy znają zaleconą literaturę przedmiotu.

HK-R: Czy dla Ciebie jako pisarza Internet jest źródłem inspiracji?

SCh: Internetu nie unikam, bo tam są oprócz zwałów śmiecia rzeczy wartościowe. Na przykład strony internetowe najlepszych uniwersytetów świata.

Trochę też wędruję po stronach jako badacz języka, który tworzy się na naszych oczach. Za jakiś czas pewnie wszyscy będziemy tak gadać. Ostatni bunt polski z końca 2020 roku to była uliczna erupcja mowy internetowej, która mocno zniesmaczyła hipokrytów. Ale Wisły, Przyjemniaczki, kijem nie zawrócicie. Wpływ Internetu na naszą mowę jest ogromny.

Mnie ciekawią rozmaite szaleństwa lingwistyczne, których w Internecie pełno. Na przykład: „Fraternite, Egalite, Wyp…dalite!” Skatologiczna inwencja internetowa nie zna granic, na co pisarz nie może być obojętny. W historii świata nigdy czegoś podobnego nie było. Bo każdy może jeszcze dorzucić trochę swojego. Piękna to będzie chwila, kiedy takim językiem będą zmuszeni mówić do ludu naszego politycy katolicko-narodowi, żeby wygrać wybory.

HK-R: Internet rządzi się swoimi prawami, nie tylko wdarł się w nasze życie, w naszą komunikację, ale odciska swoje piętno w kulturze. Powstają spektakle teatralne, literatura, filmy. Pop kultura ze swoją masową i dość niskich lotów kreacją wypiera sztukę ambitną, która staje się coraz bardziej elitarna. Miewasz pokusę, by zmierzyć się z tym wyzwaniem cywilizacyjnym? Na przykład, pisarz Stefan Chwin zakłada bloga i ... no właśnie, co i? Czujesz się częścią tego świata?

SCh: Prowadziłem bloga w jednej z rozgłośni radiowych. Ale rzecz się posypała z powodu niejasności w prawach autorskich. To było dobre, bo jak coś napisałem, to od razu miałem odzew. Ale zniechęciło mnie to, że trzeba się wyrażać krótko i węzłowato, bo rośnie pokolenie, które nie jest w stanie przeczytać dłuższego tekstu. Bardzo lubię składnię łacińską, piętrową, wydłużoną, kadencyjną, a to nie bardzo pasuje.

HK-R: Internet, media, blogi, instagramy, face booki itd. Wszystkie wpuszczają nas do sfery prywatnej ludzi znanych i nieznanych… Wszystko w zasadzie odbywa się legalnie i z przyzwoleniem obserwowanych i obserwujących. Nie masz poczucia , że żyjemy w czasach nobilitujących plotki?

SCh: Plotka to nic nowego. Od dawna ludzie lubią zaglądać do łóżka Mickiewiczowi i Słowackiemu, co gniewa Kościół i narodowców. Od dawna też książkę oplata opowieść o autorze. Pamiętam, jak Jan Błoński mówił twardo: Nikt nie czyta nieznajomych. I to jest prawda. Ludzie chcą widzieć twarz pisarza, żeby wiedzieć, z kim mają do czynienia. Nic w tym nadzwyczajnego. Cóż, artysta powinien umieć skupiać na sobie uwagę, bo tylko wtedy będzie miał odbiorców. Musi się wynurzyć z tłumu. A tłum, jak to tłum, lubi brudy i błyskotki. A że nie piszę dla tłumu, więc mnie to nie dotyczy. O mojej prywatności można się trochę dowiedzieć z Dziennika, który drukuję w „Kwartalniku Artystycznym” i gdzie indziej. Nałkowska zresztą słusznie uważała, że kamieniem węgielnym literatury jest plotka czyli mitologia.

HK-R: Żyjemy w czasach wielkiej zarazy. Narodowe kwarantanny ze swoją izolacją wymusiły nowe zwyczaje. Chciałabym z Tobą o tym porozmawiać. Jak się odnajdujesz w tej nowej, ponurej rzeczywistości?

SCh: Nie jest to dla mnie żadna nowa rzeczywistość. Po co się nakręcać? Ze śmiercią obcuję intensywnie od najmłodszych lat dzieciństwa. Zawsze czułem jej oddech na karku. A czy śmierć ma wredną fizjonomię wirusa czy wredną fizjonomię raka to mi wszystko jedno. No, może niezupełnie, bo podobno jednak łatwiej się umiera na wirusa niż na nowotwór jelita grubego. Jak kto woli. Czas obecny jest dla mnie zatem zupełnie normalny, z wyjątkiem noszenia maseczki. W Polsce codziennie umiera 1200 osób. Z tego na covid 200 – 500. Dużo więcej umiera na choroby serca i układu krążenia, ale jakoś nie wpadamy z tego powodu w panikę. Zakaz wychodzenia też mi specjalnie nie dokucza, bo i tak spędzam sporo czasu w pokoju z widokiem na zatokę, pracując nad rozmaitymi rzeczami. Oczywiście przykry jest zakaz spotykania się ze znajomymi, ale nie przesadzajmy. Moja żona potrafi rozmawiać z koleżankami przez komórkę półtorej godziny. Można wtedy odsłonić przed bliźnimi całą obolałą duszę albo bawić się świetnie. Że covid zabija? Zabija nas bez przerwy masa niewidzialnych gatunków, które żyją w nas latami. Kiedyś okulista uraczył mnie słodką opowieścią, ile bakterii mieszka sobie pokojowo w każdej naszej gałce ocznej. Oczywiście, mieszka pokojowo do czasu.

HK-R: Chorzy na covid w chwili, gdy trafiają do szpitala, są odcięci od bliskich. Jedyny kontakt z nimi mamy dzięki esemesom, telefonom… gdy wypełnia się czarny scenariusz – umierają i odchodzą osamotnieni. Myślisz, że czeka nas towarzyszenie umierającym online?

SCh: Umiera się zawsze w samotności, czy ktoś do nas dzwoni czy nie. Śmierć to jest przygoda na wskroś indywidualna. Oczywiście lepiej, jeśli ktoś nas trzyma za rękę. Ale może to też mieć gorszą stronę. Trzymanie za rękę rozmiękcza, kiedy trzeba być twardym. Zresztą prawdopodobnie umierając, nie bardzo wiemy, że umieramy. Tak to chyba wygląda.

HK-R: Pewnie wiesz, że pojawiły się nowe usługi. Pogrzeby online. Co o nich sądzisz?

SCh: Pogrzeb jak pogrzeb. Zawsze mówiłem: Chcesz mieć okazały pogrzeb, nie umieraj w czasie wakacji i epidemii.

HK-R: Co w sferze obyczaju pozostanie z nami na trwałe po minięciu zarazy?

SCh: Praca zdalna. Na szczęście dla wielu ludzi. Znam takich, dla których praca zdalna jest prawdziwym wybawieniem. Nie muszą codziennie oglądać nad sobą gęby szefa i podstępnych koleżanek, które ryją pod każdym. Zakład pracy to jest dla wielu ludzi kłębowisko żmij czyli najgorsze miejsce na świecie, gdzie musisz chodzić, żeby z zaciśniętymi zębami zarobić na skarpety i kefir dla dziecka.

HK-R: Wielu moich znajomych porządkuje swoje życiowe sprawy. Nie chcą być zaskoczeni przez wirusa. Przygotowujesz się w jakiś sposób do tego, że i Ciebie on dopadnie?

SCh: Tak. Mamy zestaw szpitalny pod ręką. Papcie, szlafrok, ręcznik, mydło, ciepłe skarpety itd. W turystycznej torbie. Przyjeżdża karetka, chwytasz i wychodzisz. Oczywiście, czasem nie wracasz, co jest dość przykre dla twoich bliskich, ale nie dla ciebie, bo albo ciebie nie ma już w ogóle, więc masz spokój zupełny, albo cieszysz się szczęściem po drugiej stronie. Innej możliwości - wbrew czarnym krukom - nie przewiduję.

HK-R: Napiszesz powieść o tym, czego teraz doświadczamy, o czasie zarazy?

SCh: Powieść? Ja od początku piszę Korona-dziennik. Parę fragmentów wydrukowałem już w „Newsweeku”.

HK-R: Dziękuję za rozmowę.

Stefan Chwin - ur. w 1949 r. w Gdańsku. Powieściopisarz, eseista, krytyk literacki, historyk literatury, badacz polskiej i europejskiej kultury XIX i XX wieku. W latach osiemdziesiątych XX wieku członek zespołu redakcyjnego serii „Transgresje". Do jego najważniejszych publikacji krytycznych i literaturoznawczych należą: Bez autorytetu (wspólnie ze Stanisławem Rośkiem, 1981), Romantyczna przestrzeń wyobraźni (1988), Literatura i zdrada (1993), Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni (2010) Samobójstwo i „grzech istnienia” (2012), Miłosz. Interpretacje i świadectwa (2012), Miłosz. Gdańsk i okolice. Relacje. Dokumenty. Głosy (red.) (2013). Wydał Konrada Wallenroda Adama Mickiewicza we własnym opracowaniu w Bibliotece Narodowej (1993). Napisał autobiograficzny esej Krótka historia pewnego żartu (1991), powieści Hanemann (1995), Esther (1999), Złoty pelikan (2003), zbiór "historii alternatywnych" Wspólna kąpiel (2001, wspólnie z Krystyną Lars), Żona prezydenta (2005), Dolina Radości (2006), Panna Ferbelin (2011), Srebrzysko. Opublikował prozę autobiograficzną Kartki z dziennika (2004) oraz Dziennik dla dorosłych (2008). Autor dwóch powieści fantastycznych Ludzie-skorpiony (1984) oraz Człowiek-Litera (1989). W Niemczech wydał tom esejów Statten des Erinnerns. Gedachtnisbilder aus Mitteleuropa. Dresdner Poetikvorlesungen. (2005) oraz Ein Deutsches Tagebuch – wybór tekstów z Kartek z dziennika i Dziennika dla dorosłych (książka znalazła się na liście dziesięciu najlepszych książek roku 2015 tygodnika „Die Zeit”). Przez kilka lat członek jury Nagrody Nike. Książki, artykuły, opowiadania i eseje Stefana Chwina były publikowane w Niemczech, Austrii, Anglii, Francji, Rosji, Szwecji, Danii, Szwajcarii, Rumunii, Słowenii, na Ukrainie, na Węgrzech, na Litwie, w Japonii, w Izraelu, we Włoszech, w Hiszpanii, Meksyku, krajach Ameryki Środkowej i Południowej oraz w USA i Kanadzie. Laureat m.in. Nagrody Fundacji Kościelskich w Genewie, Nagrody „Paszport Polityki”, Nagrody Fundacji Ericha Brosta, Nagrody Polskiego PEN-Clubu, Nagrody Literackiej Gdyni, Nagrody Głównej im. Andreasa Gryphiusa, Nagrody Indywidualnej Ministra Edukacji za wybitne osiągnięcia naukowe, Nagrody Splendor Gedanensis, Nagrody Marszałka Województwa Pomorskiego za całokształt twórczości, Nagrody Naukowej Miasta Gdańska im. Jana Heweliusza, Nagrody im. Samuela Bogumiła Lindego, Nagrody „Wiatr od Morza”.

Hanna Kordalska-Rosiek - dziennikarka telewizyjna, dokumentalistka, scenarzystka, reżyserka. Laureatka wielu nagród w konkursach i festiwalach filmów dokumentalnych. Członkini Rady Etyki Mediów, odznaczona Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Autorka projektu spotkań i książki "Wartość wartości" wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2020).
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
pomorskie
49683
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Kwidzynie